Główna » Aktualności

A JEDNAK POLSKA

Autor: Red. dnia 29 sierpnia 2017

Dziś gościmy w Nowych Drzewcach, w powiecie wschowskim, gminie Szlichtyngowa, u młodego rolnika – Pana Łukasza Leśnika, który pierwszą kadencję zasila szeregi Wschowskiej Rady Powiatowej LIR.

Proszę opowiedzieć o początkach samodzielnego gospodarowania. Jak duże jest gospodarstwo w chwili obecnej i w czym się specjalizuje?
Od dziecka pomagaliśmy z bratem przy gospodarstwie i tak już zostało. Wielkość mojego gospodarstwa to 10 ha, a główną jego specjalizacją jest hodowla trzody chlewnej. Gospodarstwo prowadzimy wspólnie – z tatą i bratem. Rocznie, razem, sprzedajemy ok. 15-18 tys. tuczników. Chlewnia jest w pełni zautomatyzowana. Prowadzimy chów w systemie otwartym. Prosięta sprowadzamy z Danii, ponieważ mamy złe doświadczenia z polskimi dostawcami. Te rodzime miały słabe geny, potem dłużej rosły, było większe zużycie paszy. Dziś, kiedy wszędzie jest „wyścig szczurów” kierujemy się głownie względami ekonomicznymi, nie ma mowy o sentymentach. Niestety Polacy nauczyli już Duńczyków, jak można lekceważyć polskiego rolnika. Dla odbiorcy niemieckiego prosięta muszą być idealne, prawie identyczne,
a dla polskiego różne: kulawe, z przepuklinami, bardzo zróżnicowane wagowo.

Ponieważ Pan Łukasz prowadzi gospodarstwo wraz z rodzicami, do rozmowy szybko włączył się tata – Pan Jerzy:
Niemieccy rolnicy mają do kogo się z takimi problemami zwrócić, my nie. Nasze służby weterynaryjne są pod tym względem słabe. Tu w kraju, żeby nas rolników ukarać to tak, ale żeby na zewnątrz poza granicami kraju coś zdziałać, postanowić, to już nie. Zdarza się, że składamy zamówienie do firmy transportowej na prosiaki o najwyższym statucie zdrowotnym, płacąc za to odpowiednio wyższą cenę. Przy czym transport dojeżdża, wołamy weterynarza i jeszcze na rampie przed rozładunkiem pobieramy krew i co się okazuje? Że prosięta mają całą listę chorób, którymi już od macior się zaraziły, a nam Duńczycy zarzucają, że to u nas się stało, już na rampie.  A nasze służby weterynaryjne jeszcze ręce zacierają, bo potem my płacimy za leczenie tych prosiąt.  Kupujemy je po 360 zł o wadze 30 kg. Paszę kupujemy specjalnie zbilansowaną, z odpowiednią ilością białka i witamin. Tuczniki rosną zgodnie z normą – tak jak w Danii tak i u nas.
Po 90-95 dniach osiągają wagę 120 kg. Problem pojawia się przy sprzedaży. Kiedyś ważenie WBC było bardziej uczciwe, teraz, kiedy na rynku dużo jest różnych dziwnych firm, weszły 14- dniowe terminy płatności, odbywa się to często ze szkodą dla rolnika. Często firmy zalegają nam z zapłatą, a kiedy człowiek się upomni, to jeszcze usłyszy, że jest bezczelny. Bo się upomina o swoje ciężko zarobione pieniądze! A na dowód sprzedaży otrzymujemy tylko śmieszne druczki, które jak kiedyś pokazałem na policji to mi powiedzieli, że na podstawie tego kwitka niczego nie udowodnię.

Jednak do tej pory jakoś ta współpraca się układała…
Pan Jerzy: To tak się układa, że my płacimy za wszystkie problemy i oczywiście za opływanie w luksusach właścicieli masarni: drogich wycieczkach, masażach, polowaniach itp.  Nie mamy żadnego instrumentu w rękach byśmy mogli im naliczyć kary, odsetki, czy choćby uczciwej umowy. Jesteśmy skazani na ich warunki. Dodatkowo, kiedy świnie urosną do odpowiedniej wagi nie możemy ich dłużej trzymać, bo dla nas są to olbrzymie koszty, musimy je sprzedać. Dlatego, mimo dużej produkcji w gospodarstwie pieniędzy nie widać.
Niestety nasz rząd nie dba o polskich rolników. W takiej Danii, to i owszem kontrolują rolnika, ale nie przeciwko niemu tylko dla jego dobra.

A jak to się stało, Panie Łukaszu, że został Pan właścicielem tych 10 ha? Czy otrzymał je Pan od rodziców?
Nie. Przez 4 lata pracowałem w Danii również w gospodarstwie zajmującym się hodowlą trzody chlewnej. Tam pogłębiłem swoje doświadczenie zdobyte już częściowo w gospodarstwie rodziców. Były nawet perspektywy by tam zostać. Proponowano mi gospodarstwo z własną produkcją, oferowano fachową opiekę ekonomistów, różnych służb rolnych, korzystne kredyty, namawiali, by się osiedlić wraz z rodziną. Choć znam angielski, to jednak wymaganym warunkiem było nauczenie się języka duńskiego, ja jednak zdecydowałem
o powrocie. Kiedy wróciłem do kraju w 2007 roku, to za zarobione tam pieniądze kupiłem ziemię tutaj.

Czy należą Panowie do grupy producentów rolnych?
Tak, należymy do grupy producentów rolnych, a ponieważ jest nas tylko pięciu i wszyscy dobrze się znamy, to bardzo dobrze nam się współpracuje. Podlegamy jednak przez to licznym kontrolom i choć po ostatniej wszystko było w porządku, to jeszcze nie otrzymaliśmy środków za zeszły rok.

Proszę powiedzieć czy tutaj w regionie istnieje możliwość rozwoju, powiększenia gospodarstwa? Jak wygląda kwestia zakupu ziemi po wprowadzeniu zmian w ustawie?
W okolicach jest słaba ziemia, V, VI klasy. Kiedyś ANR ogłosiła przetarg na 150 ha. Chcieliśmy kupić, ale oczywiście znalazł się ktoś z obcym kapitałem. Powstała ferma drobiu, która nie ma nic wspólnego z napędzaniem naszej polskiej gospodarki. Pasza przyjeżdża z Niemiec, a pracownicy to w większości Ukraińcy. Jak jest teraz, trudno mi się wypowiadać, ponieważ dopiero planujemy zakup ziemi i całej procedury jeszcze nie rozpoczęliśmy, ale już widzimy ile trzeba będzie dokumentów złożyć.

Jakie inwestycje podjął Pan w gospodarstwie, czy były związane z wykorzystaniem środków unijnych?
Nie miałem okazji korzystać z żadnego działania w ramach PROW. Np. na „młodego rolnika” za długo już prowadziłem gospodarstwo. Planujemy budowę nowej chlewni dla tuczników, ale w tej chwili dofinansowanie jest do chlewni na maciory…

Chcielibyśmy produkować tak jak na zachodzie, gdzie są fermy, które ściśle ze sobą współpracują. Jedne zajmują się tylko produkcją prosiąt inne tylko hodowlą tucznika. Marzy nam się taka sytuacja u nas. Wszystko przed nami: cała procedura i wyboista droga związana z uzyska-niem pozwolenia na budowę. Bo ludziom przeszkadzają „zapachy” z chlewni i rolnik teraz jest najgorszym wrogiem na wsi.

Czy zawirowania na rynku spowodowane ASF również Państwa dotknęły?
Na szczęście nam się udało. Dosłownie na kilka dni przed ogłoszeniem o ASF sprzedaliśmy większość wyprodukowanego tucznika, potem cena zaczęła gwałtownie pikować w dół.

Posiada Pan wyłącznie łąki, to szkód w uprawach Pan nie ma, mimo wszystko zapytam o współpracę z Kołami Łowieckimi. Jak ona wygląda?
Szkód nie zgłaszam, choć są. Szkoda nerwów. Zaraz po zakupie od ANR nieużytku zrobiłem porządek na tym polu, włącznie z wynajęciem ciągnika z rębakiem, za którego pracę zapłaciłem 7 tys. zł. Zasiałem trawę, ale dziki tak ją co roku buchtowały, że nie szło jej kosić. Część łąk przeznaczyłem więc na stawy, które zawsze były naszym marzeniem.
Czy gospodarstwo stanowi główny Pana dochód? Czy prowadzi Pan jeszcze jakąś inną działalność poza rolniczą?
Świadczę również usługi przy robotach ziemnych, mam także niewielką żwirownię. Okazało się, że na moich gruntach są same piaski. Dobrze mieć coś niezależnego, bardziej stabilnego
od wszelkich zawirowań niż chów trzody, gdzie rynek często jest nieprze-widywalny. Dodatkowo chcielibyśmy
z żoną otworzyć gospodarstwo agroturystyczne w sąsiedztwie stawów, obsługujące niewielkie imprezy,
na ok. 50 gości. Jesteśmy już w trakcie uzyskiwania pozwoleń na budowę, mamy nadzieję, że w przyszłym roku uda się z tym ruszyć.
Kto pracuje w gospodarstwie? Czy zatrudniane są osoby z zewnątrz?
Nie, gospodarzymy sami z bratem
i tatą. Jest ciężko, bo praca jest od samego rana do późnego wieczoru i nie ważne czy to niedziela czy święta, swoje trzeba zrobić. Na pracowników nas nie stać. Czasami, kiedy chciałbym odpocząć, wyjechać z rodziną, choć na parę dni, myślę o tym jak to jest w Danii i czy dobrze zrobiłem wracając. Tam każdy płaci składki na tzw. „konto ferie” i jest wręcz obowiązek po 9 tygodniach pracy wziąć parę dni odpoczynku. I nie ważne czy jest się właścicielem fermy czy tylko pracownikiem. Mało tego, jest to nadzorowane przez rząd i raz do roku należy wziąć dłuższy urlop
ze wskazaniem miejsca, do którego
się jedzie.
Jest Pan młodym zabieganym człowiekiem, czy pełni Pan jeszcze inne funkcje poza byciem członkiem Rady Powiatowej LIR? Jak ocenia Pan jej działalność?
Nie, niestety brak czasu nie pozwala na większe angażowanie się w innych strukturach. A jeśli chodzi o LIR to jestem trochę rozczarowany tym, jak mało tak naprawdę może zdziałać. Nasz głos
w wielu sprawach w ogóle nie jest brany pod uwagę, jak choćby w zderzeniu
z kołami łowieckimi.
Dziękuję Panom za rozmowę i życzę powodzenia oraz wytrwałości w realizacji planów.

Aneta Jędrzejko

Digg this!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!
  Copyright ©2024 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.